niedziela, 30 kwietnia 2017

Teatr (jeszcze) studencki? [cz. 1]

Zaczęło się niewinnie. Pierwszy spektakl XIII SOFT „Kontestacji” – Trofia – w metaforyczny i subtelny sposób opowiadał o poszukiwaniu swojego miejsca w społeczeństwie, próbach przystosowania się i współżycia z ludźmi wokół. Cztery bohaterki za pomocą tańca przedstawiły swoje historie wchodzenia do społeczności, współgrania z nią i stopniowego wychodzenia z grupy, by szukać gdzie indziej miejsca idealnego dla siebie. Świetne przygotowanie ruchowe i dobre zsynchronizowanie aktorek-amatorek sprawiło, że spektakl oglądałam z niemałym zainteresowaniem. Jasność przekazu pomogła wczuć się w przedstawione sytuacje.

Na I piętrze Chatki Żaka czekali już trzej panowie z Innymi Słowy Impro. Dzięki sugestiom publiczności pozostali w temacie poszukiwania i zaimprowizowali historię dziewczyny szukającej partnera na wesele. Przez godzinę widzowie z uśmiechem mogli obserwować starania Ani, by umówić się ze starszym bratem swojego przyjaciela, a także rozmowy braci na jej temat i wplecioną historię romansu ich matki. Byłam pod wrażeniem, jak chłopaki zgrabnie radzili sobie z długą formą improwizacji, bo wcześniej miałam okazję oglądać tylko tzw. short forms. Nawet jeśli kilka razy powiedzieli coś niezgodnego z wcześniej ustaloną na scenie wersją, szybko się nawzajem poprawiali i to tak gładko, że można było tego nie zauważyć. Publiczność bawiła się świetnie, o czym świadczyły częste wybuchy śmiechu. A zakończenie było idealną kropką nad i.

sobota, 15 kwietnia 2017

Bad trip

Źródło: https://web.facebook.com/Teatr-Imperialny
W dobie facebookowego hejtu i instagramowych lajków jest grupa osób, które chronią się przed rzeczywistością w fikcyjnym świecie literatury. Udawanie kogoś innego ma pomóc im poradzić sobie w życiu.

Siedem osób czeka na Dilera. Część z nich siedzi na krzesłach, część na podłodze wśród stosów książek. Cierpliwość powoli im się kończy, narzekają na niepunktualność sprzedawcy. Nagle jedna z dziewczyn zrywa się, wykrzykując, że ma dość i nie czeka dłużej. Zostaje szybko przywołana do porządku przez sprawczynię całego zamieszania – tę, która ich wszystkich tu umówiła. Przecież towar zamówili dla siedmiu osób, nie mogą się teraz wycofać z transakcji. Wywiązuje się żywa dyskusja o wcześniejszych doświadczeniach z Tołstojem, Céline’em, Faulknerem, de Beauvoir. Kiedy w końcu przychodzi Diler, wszyscy niemal rzucają się na jego czarną teczkę. Tak zaczyna się „zła podróż” z Dostojewskim.

piątek, 17 marca 2017

Kiedy muzyka zabija

Okładka tej niewielkiej książki intryguje. Na szarym tle czerwieni się jaskrawa kropla krwi. Nad nią wiszą klawisze fortepianu kształtem przypominające noże. Pod – trudne do wymówienia nazwisko autorki. Doina Lungu to dwudziestosześcioletnia Mołdawianka, której debiut został określony jako „przełom w lokalnym życiu literackim”. Niestety, ja mimo szczerej chęci niczego przełomowego w nim nie znalazłam.

Adam Nowak to genialny kompozytor, którego powołaniem jest zbawienie świata za pomocą symfonii, jakiej nikt dotąd nie stworzył. Do tego potrzebuje jednak grzeszników. Muzyka nieustannie rozbrzmiewająca pod jego czaszką daje się ujarzmić dopiero za pomocą krwi osób żyjących niezgodnie z prawem Bożym (w interpretacji Adama). Do ukończenia potrzeba jeszcze tylko jednej, największej ofiary. Któż się nada do tej roli lepiej niż siejąca zgorszenie, egoistyczna do szpiku kości lesbijka?

poniedziałek, 6 marca 2017

John Wick, czyli zabij ich wszystkich

Jeśli się o tym filmie myśli zbyt dużo i w nieodpowiednich kategoriach, można odnieść wrażenie, że jest idiotyczny. Ale podczas seansu cały ten wydumany bezsens nie ma najmniejszego znaczenia. Już dawno nie bawiłam się w kinie tak dobrze.

Film zaczyna się rewelacyjnie – od porządnej strzelaniny pod tytułem „Kill’em all”. Jest też śliczny niezniszczalny Mustang rocznik ‘69. No i oczywiście przystojny facet w garniturze oraz rosyjska mafia. Później jest już tylko lepiej: więcej mafii (na scenę wkracza włoska), więcej strzelanin, więcej garniturów i znikoma ilość dialogów.

Skoro o dialogach mowa. Nie są mocną stroną filmu. Zwłaszcza te, które miały być czymś więcej niż wymianą informacji (np. monolog Gianny D’Antonio). Można je spokojnie wyciąć i nikt na tym nie ucierpi. Nowością jest dla mnie ograniczenie do minimum dowcipu i sarkazmu w kwestiach bohaterów. Postacie nie silą się na humor i generalnie nie tracą czasu na gadanie. Wolą się bić.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Szkolny teatr Słowackiego

Warto od czasu do czasu zmienić środowisko/towarzystwo i dać się oszukiwać innej grupie aktorskiej niż lubelska. Niektórzy wychodzą z założenia, że każda przyjezdna rzecz jest lepsza od tutejszej. Choć nie uważam, że lubelskie produkcje teatralne są niedobre, przez chwilę podzielałam powyższe przekonanie, że jeśli coś do Lublina przyjeżdża, na pewno jest lepsze niż to, co aktualnie oferują lokalne teatry. Jakże się myliłam…

Na ciemną pustą scenę wchodzi młoda kobieta ubrana w długą kolorową spódnicę i różową koszulę. Zbliża się do krawędzi sceny i zaczyna śpiewać. Trudno odróżnić pojedyncze słowa, ale muzyka wprowadza przyjemny nastrój. Po kilku minutach do kobiety dołącza mężczyzna. Mąż lub kochanek. Ona unika kontaktu fizycznego, wyślizguje się z jego objęć, próbuje zacząć rozmowę. Przerywa im wejście drugiej pary. Podejmują salonowy small talk.

wtorek, 21 lutego 2017

Między nami dobrze jest

Ramy sceny wyznacza świecący na niebiesko szkielet prostopadłościanu, pośrodku którego stoi czarno-szara nieduża ściana. Po jej prawej i lewej stronie leżą dwa stosy poduszek w srebrnych i fioletowych poszewkach. Zza ściany wychodzą trzej mężczyźni. Siadają na plastikowych kostkach, po czym jeden z nich oznajmia, że podjął decyzję o rozstaniu ze swoją partnerką. Wiadomość wywołuje niemałe poruszenie u pozostałych. Co jej powiedział? Jak ona to przyjęła? I właściwie co dalej?

piątek, 10 lutego 2017

Ten bal to żart

Ponoć Bal w Savoyu Pála Ábraháma był rewolucją gatunkową w swoim czasie (1932). Jednak trudno w to uwierzyć, oglądając przedstawienie Teatru Muzycznego w Lublinie.

Akcja jest typowo operetkowa i nie ma sensu jej tutaj streszczać, bo można się łatwo pogubić. Z grubsza chodzi o to, że mąż chce spotkać się z kochanką w tajemnicy przed żoną, przyjaciel pomaga mu wymyślić przykrywkę, którą już na początku żona i przyjaciółka rozgryzają. Następnie dochodzi do konfrontacji, krótkotrwałej kłótni małżonków i happy endu (dla chętnych: opis na stronie teatru). A to zakończenie było tak bez sensu, że aż go nie przyswoiłam. Logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy nie miał nic do gadania.

sobota, 4 lutego 2017

Życie jest piękne, cieszmy się!

Któż nie zna Ani Shirley – rudowłosej dziewczynki, która dzięki niewyparzonemu językowi i ogromnej wrażliwości od ponad wieku podbija serca tysięcy dzieci na świecie? Przeniesienie tej barwnej postaci na scenę było zadaniem bez wątpienia bardzo trudnym, wymagającym zmierzenia się z wieloma oczekiwaniami i wyobrażeniami widzów. W musicalu Mirosława Siedlera Ania z uroczej i bezceremonialnej dziewczynki zmieniła się w rozhisteryzowaną, trajkoczącą na wydechu pannicę.

Przez cały czas trwania spektaklu czułam, że ktoś próbuje mnie oszukać. Sprzedać swoją przekoloryzowaną, szaloną wizję w opakowaniu po mądrej i zajmującej opowieści. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że byłam po drugiej stronie lustra i zupełnie mi się tam nie podobało. Wszystko było na opak – Ania stała się nieustannie trajkoczącym podlotkiem, Diana była sztywna, jakby kij połknęła, Maryla zachowywała się jak trzpiotka udająca dorosłą, Mateusz wykazywał się niezwykłą stanowczością, pani Linde straciła swoją dumę i rozsądek, a Gilbert… Cóż, Gilberta praktycznie nie było. Po scenie, w której przy całej klasie brutalnie szarpnął Anię za włosy, jedynie przechodził przez scenę, nie mając nic istotnego do przekazania.

piątek, 27 stycznia 2017

Ukąszenie Scorpiona

To moje odkrycie ubiegłego roku i aktualnie numer jeden na liście seriali. Nawet Lucifer i Sherlock muszą grzecznie czekać na swoją kolej. I trochę poczekają, bo przede mną jeszcze całe dwa sezony.

Fabuła nie jest skomplikowana – czwórka geniuszy wraz z agentem rządowym i byłą kelnerką ratuje świat. Banalne i naiwne, prawda? Ale jakie wciągające! Serio, nie wiem, jak scenarzystom się to udaje (i nie chcę wiedzieć, bo wtedy stracę całą frajdę), ale każdy odcinek wciska w fotel. Świetnie wyważone proporcje ciętego dowcipu, szaleńczego wyścigu z czasem i niewiarygodnych rozwiązań. Taka bajka dla trochę starszych dzieci. Przednia zabawa gwarantowana. Pod warunkiem, że nie weźmie się tego za bardzo na poważnie.

piątek, 20 stycznia 2017

Happily ever after

I oto nadeszła ostatnia część Kronik krwi – drugiego cyklu Richelle Mead rozgrywającego się w świecie morojów, dampirów, strzyg i jeszcze paru innych mało sympatycznych „gatunków”. O ile Akademii wampirów nie doczytałam (poddałam się po czwartej części, piąta była nie do przebrnięcia), o tyle Kroniki mnie zauroczyły. Na każdy tom czekałam z niecierpliwością. Na ten w szczególności. Miał przecież rozwiązać wszystkie wątki, wyjaśnić zagmatwane w poprzednich tomach kwestie i doprowadzić do szczęśliwego zakończenia. Mead te oczekiwania spełniła jednak tylko częściowo.