piątek, 10 lutego 2017

Ten bal to żart

Ponoć Bal w Savoyu Pála Ábraháma był rewolucją gatunkową w swoim czasie (1932). Jednak trudno w to uwierzyć, oglądając przedstawienie Teatru Muzycznego w Lublinie.

Akcja jest typowo operetkowa i nie ma sensu jej tutaj streszczać, bo można się łatwo pogubić. Z grubsza chodzi o to, że mąż chce spotkać się z kochanką w tajemnicy przed żoną, przyjaciel pomaga mu wymyślić przykrywkę, którą już na początku żona i przyjaciółka rozgryzają. Następnie dochodzi do konfrontacji, krótkotrwałej kłótni małżonków i happy endu (dla chętnych: opis na stronie teatru). A to zakończenie było tak bez sensu, że aż go nie przyswoiłam. Logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy nie miał nic do gadania.

Cały potencjał operetki leży w dialogach i akcji – w realizacji lubelskiej doszczętnie pogrzebany. Para głównych bohaterów, Arystyd (Witold Matulka) i Madleine (Anna Barska), recytowała tekst, zamiast grać, mówili z takim patosem, jakby grali co najmniej w Aidzie w Operze Narodowej. Nie potrafili uchwycić ani wykorzystać aspektu humorystycznego swoich postaci, przez co ich bohaterowie zwyczajnie irytowali. Jak to zwykle w operetkach bywa, najbarwniejsze były postacie drugoplanowe. Tutaj para przyjaciół, Mustafa-Bej (Andrzej Witlewski) i Daisy (Krystyna Sokołowska), wprowadziła nieco lekkości i humoru, choć bardziej dzięki charakterowi bohaterów niż umiejętnościom aktorów. Witlewski jako jedyny z całej obsady może pochwalić się jakimiś zdolnościami aktorskimi. Niestety, przy tym kiepsko mu szło w scenach tanecznych, ale widać w lubelskim teatrze muzycznym nie można mieć wszystkiego.
Na zdjęciu Krystyna Sokołowska jako Daisy.

Skoro aktorzy nie potrafią grać i położyli warstwę dialogową przedstawienia, to może chociaż było na co popatrzeć i czego posłuchać? Hmm… Nie. Okrutne, albo w postaci „zajączków” na ścianach, albo niebiesko-czerwone, światła przyprawiały o ból głowy. Muzyka zupełnie mi się nie podobała – poza bodaj dwiema piosenkami smętna i poważna jak w tragedii. A wprowadzenie gitary elektrycznej do utworu, w którym ewidentnie powinna być gitara akustyczna, było ciosem poniżej wszystkiego. Ponadto słów piosenek w ogóle nie rozumiałam – aktorzy aż się proszą o gruntowną naukę dykcji. Choreografia jak zwykle tańczona nierówno, a ruch sceniczny raczej idiotyczny. No i najgorsza rzecz ze wszystkiego – to było za długie! Po drugim antrakcie myślałam, że już nie wysiedzę. Trzy godziny dwadzieścia minut! Zlitujcie się…

Jedyne, co mi się spodobało, to kostiumy. Szczególnie zwiewne stroje „tureckich” tancerek brzucha. Ach, scena, w której męska sekcja baletowa stepowała, była nawet-nawet. Przez większą część utworu udało im się utrzymać tempo i rytm, dopiero pod koniec zrobiło się nierówno.
Na zdjęciu Patrycjusz Sokołowski w roli Mustafy-Beja.

To najgorszy spektakl, jaki widziałam od czasu Księżniczki czardasza (tego samego reżysera, co za niespodzianka!). Odradzam całym sercem. Nie idźcie na to, jeśli chcecie zachować zdrowie estetyczno-psychiczne.


PS Zaznaczam, że przedstawienie oglądałam 8 miesięcy od premiery, więc jego poziomu nie można tłumaczyć niedopracowaniem, niedotarciem czy innymi tego typu wymówkami. Osiem miesięcy to wystarczająco dużo czasu na wyłapanie i poprawieniem wszystkiego, co nie zagrało na premierze.


***
Teatr Muzyczny w Lublinie
Tytuł: Bal w Savoyu
Reżyseria: Artur Hofman
Muzyka: Pál Ábrahám
Kostiumy: Magdalena Baczyńska vel Mróz
Premiera: 14.05.2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz